Deser przed obiadem
Po raz kolejny The Rapid E-earning Blog dostarczył mi tematu do rozmyślań. „Learning is like eating”. Autor porównuje przyswajanie wiedzy do jedzenia – z reguły jedzenie nie polega na „wiosłowaniu łyżką” i wrzucaniu w siebie kolejnych porcji jedzenia. Najpierw jedzenie powoli przeżuwamy, następnie przełykamy w mniejszych porcjach. Podobnie jest z wiedzą. Próba przekazania zbyt dużej ilości wiedzy w jednym momencie przypomina właśnie takie wrzucanie w siebie jedzenia. Osobiście pociągnąłbym to porównanie dalej. Skoro z przyswajanie wiedzy można porównać do jedzenia, warto zacząć od kuchni i koncepcji posiłku. Przede wszystkim ustalamy z ilu dań będzie się składał posiłek – czy będą przystawki, deser, a może podamy zupę? Ile czasu zajmie szkolenie – jeden dzień, dwa weekendy, 3 godziny?
Kolejna sprawa to menu – jeżeli przystawki to jakie? Jaką zupę podamy, co będzie na drugie danie? Czy jedno będzie na pewno pasować do drugiego? Czy formy które wybieramy do szkoleń na pewno do siebie pasują?
Jakoś tak się przyjęło że zaczynamy od przystawek, a kończymy deserem. Kotletów schabowych nie doprawiamy cukrem, a do zupy owocowej nie dodajemy pieprzu. Oczywiście są kuchnie narodowe w których przyrządza się mięso na słodko, wszystko jest kwestią przyzwyczajeń, tradycji i umowy społecznej. Podobnie jest ze szkoleniami – każda organizacja dla której przygotowujemy szkolenie ma swoje normy i przyzwyczajenia, które trzeba poznać i o nich pamiętać. W przeciwnym razie może się okazać że zaprosiliśmy ludzi na obiad i niechcący zaczęliśmy od deseru.
Kilka słów o treściach i podejściu do kursu
Czytałem wczoraj artykuł na temat tworzenia wciągających kursów – całość dostępna tutaj.
Generalnie wszystko to jest bardzo oczywiste, jednak jak z większością oczywistych rzeczy, staje się takie jak sobie to uświadomimy i nazwiemy. Kilka przemyśleń na temat pierwszej porady z artykułu. Często tworzone kursy i szkolenia przypominają wykład (w przypadku kursów stacjonarnych), lub książkę – w przypadku rozwiązań (nazwijmy to tak) e-learningowych. Jeżeli są to rzeczy nowe – nigdzie nie napisane i nie opublikowane – może to mieć sens (pomijając oczywiście niezbyt ciekawą formę). Gorzej jeżeli rozpoczynamy kurs zdalny i nagle okazuje się że po prostu czytamy kolejne plansze, ewentualnie co jakiś czas musimy odpowiedzieć na kilka pytań, a tak naprawdę tą samą treść możemy znaleźć gdzie indziej. Od razu nasuwa się pytanie – po co ten kurs?
Jeżeli chcemy stworzyć naprawdę dobry kurs, który wniesie coś nowego nie ma sensu po prostu powielać w nim treści które już są dostępne. Dużo lepsze wyniki da postawienie odpowiednich zadań (problemów) w taki sposób, aby użytkownik musiał sam dotrzeć do informacji, a następnie na jej podstawie rozwiązać postawione problemy.
Oczywiście – istnieje możliwość że uczestnik kursu skorzysta ze złych źródeł, jednak można w stosunkowo prosty sposób temu zapobiec – wystarczy rozbić zadanie na 2 części – w pierwszej znaleźć źródła i skonsultować wybór z prowadzącym, a dopiero w drugiej, po zaakceptowaniu źródeł, realizować właściwe zadanie.
Na koniec jedna uwaga – rozważania mają sens jeżeli mówimy o kursach w których zakładamy interakcję uczestnik – prowadzący. W przypadku kursów „automatów” sprawa wygląda inaczej, ale w tym przypadku ważne są inne aspekty kursu.
Kilka słów o kursach mailowych
Ostatnio czytałem gdzieś tekst o kursach mailowych. Sprawa jest prosta – po zapisaniu się na kurs codziennie (albo rzadziej) otrzymujemy maila z następnym fragmentem kursu. Proste… i zabawne, gdy uświadomiłem sobie kiedy wymyśloną tę formę kursu.
Zatem trochę historii – na początku XVIII wieku w USA pojawiło się ogłoszenie o nauczaniu korespondencyjnym.
W 1776 roku Uniwersytet Jagielloński wprowadzał cykl wykładów korespondencyjnych.
Jeżeli przyjrzymy się takim kursom szybko możemy dojść do wniosku że właściwie poza sposobem dostarczenia listu nic się nie zmieniło. W końcu, z punktu widzenia konstrukcji kursu, jaka jest różnica czy materiał pisany dotrze do nas pocztą konną, telegrafem czy mailem?
Czy tylko wiedza?
Ostatnio przeczytałem tekst o ograniczeniach e-learningu (aby być uczciwym – autor pierwotnego artykułu nie twierdzi że e-learning jest zły – po prostu zauważa wady i zagrożenia – zachęcam do przeczytania oryginalnego artykułu tutaj: Jakie są wady e-learnigu? | e-learning w pigułce).
” Z drugiej strony jednak istnieje jeszcze coś takiego, co potocznie nazywa się uczuciem odosobniania ucznia. W wyniku braku bezpośredniego kontaktu z innymi ludźmi lub z nauczycielem człowiek czuje się obco, jakby oderwany od rzeczywistości. Ludzie są różni, i różnie do tego problemu podchodzą, jednakże niezaprzeczalnie od wielu lat wiadomo, że kontakt między uczniem i wykładowcą to podstawa sukcesu. Internet oferuje nam różnego rodzaju kursy on-line oraz szkolenia on-line, jednakże jakby na e-learning nie spojrzeć to przekazuje on tylko i wyłącznie informacje, natomiast do ucznia należy czy naukę poprze praktyką – natomiast często zdarza się, że praktyka częściej więcej uczy niż teoria.”
W pełni zgadzam się z autorem, że kontakt między uczniem i wykładowcą (czy też prowadzącym) to ważna składowa procesu kształcenia, jednak zupełnie nie mogę się zgodzić że w przypadku e-learningu taki kontakt nie ma miejsca (co w moim odczuciu autor sugeruje). Osobiście zaryzykował bym stwierdzenie że przy odpowiednio skonstruowanym kursie kontakt nie tylko ma miejsce, ale może być wręcz większy (a przede wszystkim bardziej indywidualny) niż przy kursie stacjonarnym. Oczywiście nie twierdzę że nie ma zagrożenia zbytniego ograniczenia kontaktu, ale tyczy się to właściwie każdej formy stacjonarnej, jeżeli prowadzący nie zadba wystarczająco o odbiorców. Niewątpliwie kontakt będzie miał inny charakter, jednak to czy będzie to wadą czy zaletą zależy od wielu czynników – oczekiwań, charakteru uczestników itp.
Nie do końca zgadzam się też ze stwierdzeniem że e-learning przekazuje tylko wiedzę. Moje własne doświadczenia wywodzące się ze szkoleń zdalnych w środowisku NGO pokazują że tak samo nadaje się do kształtowania pewnych umiejętności jak również postaw i światopoglądu. Inna sprawa, nawet jeżeli było by tak, że e-learning nadawałby się tylko i wyłącznie do przekazywania informacji, warto pamiętać że każda forma (również stacjonarna) ma swoja specyfikę i wystarczy o tym pamiętać dobierając formę do treści. Na pewno jest tak że praktyka uczy więcej niż teoria, z drugiej jednak strony czasem warto przed działaniami praktycznymi poznać trochę teorii – i chyba tutaj jest dobre miejsce dla e-learningu. Róbmy kursy mieszane (blended learning).
zamiast strony „o mnie”
Jeżeli trafiłeś / trafiłaś na tę stronę i widzisz ten wpis, muszę poprosić o chwilę cierpliwości. Projekt jest nowy, ale mam wrażenie że wkrótce będzie po co zaglądać tu częściej.